martyna-sport.blog.pl
nie ma jej bez kolcy
pierwsza scena i mysle sobie, ze lekko nie bedzie...
nie znam sie na filmie, a w kinie bywam sporadycznie, bo raptem kilka razy w roku. nie umiem tez pisac recenzji i na aktorstwie znam sie tyle co, jak domniemam, przecietny zjadacz chleba. naturalnie, mam swoich ulubionych albo chociaz lubianych rezyserow czy aktorow, ale nic poza tym.
wybralam sie wiec do kina. choc do wyboru mialam ich kilka, w tym 2 naprawde duze kompleksy z kilkoma salami z pokazna liczba miejsc, dolby surround i innymi dobrodziejstwami techniki naszych czasow, to zasiadlam w fotelu sali studyjnej kina "charlie".
jaka miare przyjac do oceny czy film jest dobry? ma wzruszac do lez jesli jest dramatem badz wzbudzac smiech do rozpuku, gdy jest komedia. moze uczyc, otwierac oczy, poszerzac horyzonty, inspirowac, zmieniac, budowac nadzieje, burzyc spokoj. przerazac. co mnie dotknelo najbardziej to fakt, ze pieklo nie jest badz nie bywa gdzies pod skorupa ziemi, ale to realne ujawnia sie na ulicach, w miastach i na wsiach. w czasie wojny i pokoju.
zrezygnowalam z tramwaju i w przeszlo pol godziny dotarlam do mieszkania. mysli niespokojne krazyly pod kopula i stwiedzilam, ze pobyt na swiezym powietrzu i wieczorny spacer dobrze mi zrobi. pewnie po czesci fakt, ze niewiele jadlam w ciagu dnia, jak i obrazy z duzego ekranu widoczne przed oczami sprawily, ze poczulam mdlosci, gdy tylko pojawilam sie na zewnatrz. ale jednoczesnie gdybym palila, to pierwsza czynnoscia, ktora wykonalabym po wyjsciu z kina, bylo by odpalenie papierosa.
tytulem zakonczenia - "roza" nie zachwyca, ale z pewnoscia moze przygnebic i poruszyc. mniej lub bardziej.

dopisane:
zapomnialam o jednym drobnym, acz wartym napomknienia fakcie, bez ktorego notka zdaje sie byc niekompletna... kroczac powolutku piotrkowska ku alei marszalka, juz po seansie "rozy", ale nadal w trakcie "przetrawiania" kolejnych ujec, w jednej chwili zdalam sobie sprawe, ze chce (co tam chce, ja pragne wrecz!) bardzo mocno, aby byl obecny u mojego boku moj chlopak. dokladnie tu i dokladnie teraz. albo zebym wiedziala, ze za pare minut wtule sie w jego ramiona. badz zeby dane mi bylo chociaz uslyszec jego glos w sluchawce. i juz w myslach bylabym sklonna wyobrazac sobie, ze za chwile wybiore jego numer na klawiaturze komorki, gdy nieoczekiwanie przypomnialam sobie, ze ja przeciez nie mam chlopaka...
coz, tego wieczoru nie opuscila mnie wiec jedynie melancholia, ktorej uczucie powyzsza okolicznosc tylko spotegowala, a ktora nie dosc, ze odprowadzila mnie do samych drzwi mieszkania, to na dodatek pozwolila sobie przekroczyc jego prog i pobyc ze mna do czasu, kiedy obudzil sie nowy dzien.


by martyna-sport | 2012-03-28 22:45:39 | skomentuj! (0)
mecza lub daja odpoczac - sa twoje
naprawde nie mam nic przeciwko temu, zeby takie sny spelnialy sie... dawno nie zalowalam, ze to tylko senne marzenia, a nie rzeczywistosc...

by martyna-sport | 2012-02-15 23:55:36 | skomentuj! (0)
so I'm saving all my love for you...

pomyslalam, ze i ja dorzuce swoje trzy grosze, bo czemu by i nie?
kilka dni temu cieszac sie jeszcze wolnym czasem i przebywaniem w domu, przegladajac muzyczne stacje telewizyjne, natrafilam na ostatni klip z jej ostatniej plyty - million dollar bill. przyjemna nutka, ktora swego czasu nierzadko hulala w rozglosniach radiowych. i ogladajac teledysk zastanawialam sie czy owa artystka najgorszy okres ma juz za soba i czy uslyszymy niebawem cos nowego? na klipie nie wygladala zle, ludzie pracujacy na planie zrobili z pewnoscia wszystko, by znow prezentowala sie pieknie.

naturalnie nie byla to piosenkarka mojej daty - kariere rozpoczynala i swiecila swoje bodaj najwieksze sukcesy gdy nie bylo mnie jeszcze w planach czy tez bylam bardzo mala osobka. nie bylam wiec jej fanka, lecz z drugiej strony mialam szacunek dla jej muzycznego dorobku, jeszcze przed feralna wiadomoscia o jej smierci. bo wydaje sie byc rzecza bezsporna, ze tylko ludzie glusi jak pien byliby w stanie nie dostrzec jej talentu i cudownego glosu.

mama nie omieszkala poinformowac mnie o tej nowinie przy niedzielnym sniadaniu, co pozowolilam sobie skwitowac jednym wyrazeniem - "co ty gadasz?!" zupelnie jak ma to w swoim zwyczaju robic jeden z czlonkow kabaretu neo-nowka. dzis kazdy szanujacy sie program informacyjny spieszyl z doniesieniami o smierci artystki, a na wszystkich portalach internetowych widniala twarz czarnoskorej piosenkarki. pewnie wielu sluchaczy obwiescilo sie dzis jej wielbicielami, inni natomiast nie moga zniesc, ze zewszad naplywaja wiesci o kolejnej gwiezdzie, ktora i tym razem pewnie zacpala sie lub przesadzila z alko.
coz, czeka nas niebawem masa plyt w roznorodnych kompilacjach "the greatest hits", "the best of", a moze i wyjdzie krazek z nowym materialem... bo swiat sie kreci dalej.

posrod kilku perelek, w moim osobistym rankingu w czolowce (jesli nie na pierwszym miejscu) plasuje sie na pewno I have nothing. pamietam jak swietnie spiewala jej kawalki, a ten w szczegolnosci, Adamaska, gdy chodzilysmy jeszcze do liceum. jak wracajac z wycieczki do teatru, razem z kilkoma dziewczynami z klasy wiercilysmy jej dziure w brzuchu, by cos nam zaspiewala. dlugo sie upierala, po czym po cichu, tak ze tylko my moglysmy ja uslyszec, wyciagnela wlasnie "I have nothing". coz, zamknelam oczy, a Agata, zdajaca sie spiewac jakby od niechcenia, pozamiatala.  marudzila co prawda, ze slabo jej wychodzi, nie byla z siebie zadowolona, ale co z tego, skoro poczulam gesia skorke?
sama piosenka pochodzi z filmu Bodyguard, na ktory ostrzylam sobie zabki i ktory pierwszy raz obejrzalam niespelna 3 miesiace temu, podczas mojej magicznej nocy sylwestrowej ;) musze przyznac, ze glownym powodem, dla ktorego spedzilam 2 h przed telewizorem byl mega czarujacy Kevin Costner, wystepujacy u boku piosenkarki Rachel. sam film, umowmy sie, nie byl dzielem wybitnym. natomiast soundtrack jak najbardziej dawal rade i ze sciezki dzwiekowej do tego filmu pochodza chyba jej najbardziej znane przeboje.
konczac przychodzi kilka mysli, ale zakoncze bardzo prosto - troche za wczesnie i mimo wszystko szkoda... RIP Whitney



by martyna-sport | 2012-02-13 01:46:05 | skomentuj! (0)
w biedzie i nie tylko?

jesli znam cie dobrze, a mysle, ze tak wlasnie jest, to spiesze z odpowiedzia i z pelna odpowiedzialnoscia moich slow - n i e  l u d z  s i e, dziewczyno. bo w koncu nie masz juz nastu lat i potrafisz chyba pozbyc sie tej towarzyszacej ci jeszcze wcale nie tak dawno naiwnosci? nie potrafisz?! w takim razie dluga droga przed toba, malenka...
ach, przeciez nawet nie zadalas mi pytania? daj spokoj, nie musisz wypowiadac slow, zebym nie mogla domyslic sie co cie trapi juz od kilku dni. pamietasz jak mowilam ci kiedys, ze za duzo myslisz i za duzo o rzeczach zbednych? widze, ze niewiele sie zmienilo od tego momentu i pozostajesz nieugieta...
ale pozwol ze dokoncze, bo tak jak mowilam, nie mozesz zyc zludzeniami. spojrz bowiem obiektywnie - one nie beda zawsze, uwierz mi, bo cos o tym wiem. bedzie maz, pozniej beda dzieci, praca i masa innych bardziej lub mniej fajnych zajec, ktore podjac bedzie trzeba. a kto wie czy nie bedziecie mieszkac na drugim koncu swiata? czy nawet na drugim koncu wojewodztwa, co za roznica...
alez tak, owszem - "gdy bedzie sie cos dzialo albo wiesz, po prostu bedziesz chciala z kims pogadac - to dzwon, pisz, cokolwiek!", pewnie tak. nie mowie przeciez, ze zerwiecie ze soba calkowicie kontakt, a na ulicy bedziecie odwracac wzrok. ba, z przekonaniem graniczacym z pewnoscia jestem w stanie stwierdzic, ze bedziecie sie spotykac w swoim babskim gronie, moze nieraz nawet upijecie sie jak glupie malolaty lampka wina i ze smiechem wspomnicie o beztroskich czasach. ale lepiej wybij sobie z glowy te wszystkie piekne aforyzmy o wiecznej przyjazni, dobrze ci radze. bo to, ze spotkacie sie raz na miesiac czy raz na ruski rok, nie znaczy, ze bedzie zyc w jakichs mega zazylych relacjach. a moze byc zgola odmiennie. nie pozostaje mi nic innego jak zachecic cie do zachowania otwartego umyslu i patrzenia smialo przed siebie!
o, to juz za wiele... na to pytanie nie jestem w stanie udzielic ci odpowiedzi. nawet nie moge powiedziec co mi sie wydaje... dlatego prosba - nie zadawaj wiecej tego typu zagadek, dobrze?

ja rowniez chcialabym wiedziec czym naprawde jest przyjazn i jak moc rozpoznac kto jest przyjacielem, a kto moze kiedys nim byl albo czasami nim bywa...



by martyna-sport | 2012-02-08 00:43:15 | skomentuj! (0)
kazdy ma swoj platek sniegu
ludzie - dziwacy dziela sie na tych, ktorzy swoje odmiennosci staraja sie jeszcze mocniej zaakcentowac i wyszczegolnic jako pewien walor, przypisany im i tylko im oraz na tych, ktorzy te dziwactwa chca za wszelka cene zachowac w tajemnicy, uwazajac je za swoje najwstydliwsze wady, a byc moze i kompleksy. ktory typ dziwaka wybralbys, jesli mialbys sie nim stac? pierwszy, czy nie?

minimalne ilosci wodki, jakby tego bylo malo w smiesznych proporcjach do coca-coli, raczej mi nie sluza... choc, trzeba przyznac, przynajmniej dodam cos nowego. to akurat argument chybiony i wydaje sie niczym nie poparty, gdyz nie dowiedziono, ze wypity alkohol i jego obecnosc w organizmie mogl dac asumpt do wrzucenia notki. notki-srotki, jakos glupio brzmi, nie? 

Isia meczyla sie z nieznana mi Amerykanka ponad 3 godziny, a to dopiero pierwsza runda. nie zanosi sie bynajmniej, by pozniej mialo byc latwiej, ale Agnieszka chyba lubi klopoty i trudne sytuacje. a my wszyscy ogladajacy jej poczynania na korcie wlasnie za to lubimy ja jeszcze mocniej - ze gdy jest w poteznych opalach umie z nich wyjsc obronna reka.
w Belgradzie nasi szczypiornisci przerzneli z gospodarzami ME, co gorsza w marnym stylu... niby sama porazka nie jest zdziwieniem, bo takie tez rozstrzygniecie na korzysc Serbii przewidywalam, to jednak mozna bylo spodziewac sie wiecej walki i co najmniej rownorzednej rywalizacji. tymczasem nic z tych rzeczy nie mialo miejsca na boisku.
Justyna zrobila sobie w ten weekend wolne - chcialoby sie rzec, Krolowo wypoczywaj jak najwiecej i laduj akumulatory na kolejne starty! pierwszy raz sledzilam prawie kazdy etap tour de ski i z podziwu po dzis dzien wyjsc nie moge. pierwsze starty - 3 zwyciestwa Kowalczyk, pozniej 3 zwyciestwa Bjoergen. i na koncowce fantastyczne rozdanie Polki. dwa ostatnie biegi to majstersztyk, to mistrzostwo. to w koncu fenomen. zobaczcie co robi Kowalczyk w biegu na 10 km klasykiem podczas osmego, przedostatniego startu. inteligentnie przeprowadza caly wyscig, zdaje sie ze kazdy jej ruch jest przemyslany, a determinacja zanosi ja na sam szczyt. drzalam mocno ogladajac przyczajona z tylu Norwezke, ale ta nie dala rady. skapitulowala sromotnie dzien pozniej, podczas gdy nasza Kowalczyk rewelacyjnie biegla (a nie dreptala) pod strome wzniesienie i na mecie swietowala kolejne zwyciestwo w tym morderczym cyklu. teraz jeszcze trzeba tylko wskoczyc na pierwsze miejsce PŚ i zgarnac krysztalowa kule. Justynko, jak nie Ty, to kto?

spac! nie chce mi sie ani troche, ale coz tu po mnie? z nauki raczej nici... hmm, moglabym cos zjesc, tak miedzy nami... nie, nie, to moze jednak jakos usne...

a Wy, spelniajcie marzenia! i starajcie sie byc dobrymi ludzmi, dobrze? pozdrawiam :)


PS kurde, zadnych jasno zakreslonych planow na 2012, brak rozrachunku z 2011... no trudno, jakos ide przed siebie. ale moze do 2011 jeszcze wroce. bylo by grzechem o nim nie wspomniec, czyli - zagladac i czytac
PS 2 a tu, na koniec, chcialam walnac jakis fajny tekst z jakiegos fajnego rapowego kawalka. ale nie moge sie zdecydowac.



by martyna-sport | 2012-01-16 05:25:47 | skomentuj! (0)
last christmas...
nie, nie dalam nikomu mojego serca, za to nie zlozylam zyczen na tym blogu. wlasciwie nie wiem czy te kierowane dzisiaj nie trafia w proznie. no bo czy ktos tu w ogole zaglada?! wow, las rak! ;) to niewazne, a z cala pewnoscia nie najwazniejsze w calej tej przygodzie, jak jest pisanie bloga.


wiesz przyjacielu, zastanawiam sie jak wygladaja Twoje swieta. czy czekasz z niecierpliwoscia na wigilie, ubierasz z radoscia choinke i ze wzruszeniem dzielisz se oplatkiem z najblizszymi. czy moze, mowiac kolokwialnie, rzygasz cala ta swiateczna otoczka, na mysl o rodzinnych spotkaniach masz mdlosci, a te same filmy w tv wywoluja poczucie zazenowania. czy w Pasterke spiewasz w kosciele czy moze walisz wodke z plastikowych kubkow na dworze. czy w ogole cieszysz sie ze Swiat Bozego Narodzenia? jesli tak, to dlaczego? a jesli nie, to co jest tego powodem? no i pomysl przez krotka chwile jak to bylo, gdy bylismy dziecmi... te czasy nie wroca, sam dobrze wiesz... dzis jakby wskazowki zegara zapomnialy, ze to nie wyscig...

przechodzac do meritum... spokojnych i choc odrobine magicznych Swiat, spedzonych z tymi, ktorych kochacie :)
do zobaczenia po Swietach!

by martyna-sport | 2011-12-23 23:14:02 | skomentuj! (0)
z dziesieciu pieter w dol
pewnie ostatni tak ladny i sloneczny dzien w tym roku... sloneczko od rana zawieszone na niebie, niezagrozone w zaden sposob przez chmury, daje ostatnie promienie ciepla...
tymczasem ta piekna, letnia jeszcze niedziela, do tej pory w calosci przelezana/przesiedziana/przeczlapywana na trasie pokoj-kuchnia-pokoj-kuchnia-pokoj-kuchnia-pokoj-lazienka-pokoj-kuchnia-pokoj... tylko pod wieczor wynurze sie z blokow, ale zapewne i to nie zmieni faktu, ze dzien ten mozna uznac za stracony...

winamp odtwarza losowo piosenki i zadna nie robi na mnie wiekszego wrazenia. zadnego bodzca, kopa w dupe, euforii, usmiechu na twarzy, smutku, czegokolwiek...


czegos, kurwa, tak po prostu, brak

by martyna-sport | 2011-09-11 16:36:31 | skomentuj! (0)
reset

potezne watpliwosci, a co za tym idzie absolutny brak przekonania, towarzyszyly mi w dniu poprzedzajacym wyjscie oraz przez caly pierwszy dzien. drugi dzien nie byl cudownym odmienieniem, tak samo nastepny... a jednak, to bodaj najlepsza rzecz, jaka przytrafila mi sie do tej pory w te wakacje. lowicka piesza pielgrzymka na Jasna Gore. dasz wiare, przyjacielu?

pozwol, ze nie bede opisywac wszystkiego. bo nie da sie. twoja uwage zwroce wiec tylko na niektore elementy, mniej lub bardziej istotne, i to w sposob bardzo skrotowy.


codziennie rano msza, godzinki, konferencja, rozaniec, koronka, apel... nieustajace spiewy, brzdek gitary, pod stopami asfalt/szutry/piach, z lewej strony kabelek, tuby, z przodu zawsze znaczek, a gdzies obok powiewajace zielone flagi. ratunku, pomocy! to prawda, pytalam sama siebie niejednokrotnie co ja tu robie? ani razu nie udalo mi sie udzielic satysfakcjonujacej odpowiedzi, do dzisiaj nie wiem, czy taka odpowiedz w ogole istnieje? w kazdym razie bylam tam, a po jakims czasie, zaryzykuje stwierdzenie, ze czulam sie zupelnie dobrze, z towarzyszacym jednoczesnie przeswiadczeniem, ze jestem we wlasciwym miejscu i czasie.

przez okres pielgrzymki jestes zdany na cudza łaske. ty sam niczego nie wymagasz, nie stawiasz warunkow, nic ci sie nie nalezy, a jesli o cos prosisz to niesmiale. wrzatek wody i bochenek chleba, lazienka z ciepla woda i skrawek podlogi w pokoju, na ktorej mozesz rozlozyc swoja karimate, sa luksusem, za ktory szczerze dziekujesz gospodarzom. i o ktorych pamietasz w modlitwie.

coz, pierwsze dwa dni dluzyly sie niemilosiernie i kazdorazowo, by podtrzymac sie na duchu, powtarzalam sobie, ze to tylko 9 dni, ktore z pewnoscia mina szybko. tylko 9 dni! potem 8, 7, 6... az przestalam odliczac, a po przejsciu wiekszosci drogi, dni same zaczely pospiesznie uciekac w oszalamiajacym tempie. tak wiec, jak juz pisalam, mimo ze dwa pierwsze dni dluzyly sie, to trzeba dodac, ze fizycznie czulam sie bardzo dobrze. psychicznie, oprocz powtarzanego wciaz w myslach pytania retorycznego, o ktorym pozniej, takze bylo w porzadku. jednoczesnie pozwolilam sobie na delikatne przekomarzanie sie i prowokowanie losu - no, to kiedy przyjdzie jakis kryzys, co? jakies male zwatpienie, zachwianie czy cos w ten desen? dlugo czekac nie musialam.

normalnie, przy takim bolu stopy, ktory odezwal sie pod koniec dnia trzeciego, bylabym w stanie poruszac sie tylko po mieszkaniu i to od pokoju do pokoju, a mama wyslalaby mnie z rozgniewana i zatroskana mina czym predzej do lekarza. tymczasem, choc maszerujac przez jakis czas jak paralityk, udalo sie pokonac w 2 dni niecale 70 km. ladnie, prawda? zrodlo bolu umiejscowione w srodstopiu i okolicach kostki przypominalo bol pojawiajacy sie przy skreceniu stopy/uszkodzeniu torebki stawowej. jednakze nie mialam zadnych problemow z poruszaniem stopa, co wiecej nie pojawila sie zadna opuchlizna. ot, nadwyrezenie - jak mi powiedziano w ambulansie. posmarowalam stope jakas mascia, konczyne mi zabandazowano i juz bylam gotowa, by ruszyc w droge. ta, gotowa... przeciez bolalo! ale tylko wtedy, gdy noga dotykala podloza. bolalo, ale coz z tego, przyjacielu? juz spiesze z wyjasnieniami. otoz, kiedy boli, idzie sie, chociaz zabrzmi to niedorzecznie i paradoksalnie... lepiej! bo to, co doskwiera, mozesz ofiarowac w imie jakiejs intencji, a wtedy Pan przymnaza ci sily i nie mogac wyjsc z podziwu, jak to mozliwe, ze dajesz rade, idziesz. po prostu idziesz. czujac zmeczenie pod koniec dnia tez idziesz, nogi niosa cie same. moze wkurzasz sie na innych, moze miewasz ich juz dosc, jestes znuzony, irytuja cie spiewy i nie masz ochoty na rozmowe - idziesz. czerpiesz sile ze wszelkich trudnosci pojawiajacyh sie na drodze. duzo lepiej radziles sobie, kiedy miales powody do smiechu i jakby na to nie spojrzec, niejednokrotnie to ubaw po pachy ratowal cie i pozwalal przetrwac w chwilach trudnych. tak, wiem ze ty, wyobrazajac sobie pielgrzymke, widzisz podstarzale dewotki odmawiajace niekonczaca sie ilosc zdrowasiek albo mlode dziewczyny, ktore zapewne beda siostrami zakonnymi, a ktorych usta spiewaja fanatycznie piesni ku chwale Maryi. po czesci tez tak myslalam, a dzis mowie do ciebie - chrzan stereotypy. natomiast wracajac do tematu zmagan z bolem czy zmeczeniem, mialam na nie jeszcze jeden sposob - przywolywalam sobie w myslach twarze wszystkich tych, z powodu ktorych i dla ktorych zdecydowalam sie isc na pielgrzymke, by zawierzyc ich w intencjach. musze przyznac, ze w sumie zebrala sie ich niezla gromadka. oprocz nich myslalam o sprawach, za ktore bylam wdzieczna lub o ktore prosilam. wszyscy oni i wszystko to stawalo sie wtedy najwazniejsze i przezwyciezanie niedoskonalosci przychodzilo niezwykle latwo i szybko.


przegladajac zeszyt, ktory prowadzilam na czas pielgrzymki, komentarz, a wlasciwie podsumowanie niemal wszystkich postojow drugiego dnia, brzmial jednorako - "jak my dojdziemy do Czestochowy?". jak to jak - normalnie :) tak naprawde nigdy nie zwatpilam w to, ze cel zostanie osiagniety. albo ze wroce do domu wczesniej, ze nie dam rady z roznych powodow. wyruszylam w droge i bylam pewna, ze 14 sierpnia bede na Jasnej Gorze. i tak tez sie stalo.

lzy cisnely sie czasem do oczu na widok ludzi pozdrawiajacych nas, przemierzajacych kolejne kilometry naszej wedrowki. przybijanie piatek z dzieciakami, wzruszenie malujace sie na twarzach zwlaszcza starszych ludzi, usmiechajacych sie do nas, mieszkancy miejscowosci na naszej trasie spieszacy nam z poczestunkiem i dobrym slowem - warto bylo tez i dla nich, dla takich chwil ruszyc na piesza pielgrzymke.

poza tym swietna sprawa, gdy przekraczasz tabliczke z napisem "Częstochowa", kierujesz wzrok ku niebiosom i w gescie radosci podnosisz w gore rece. nie mniej milym uczuciem jest kroczyc juz w centrum miasta alejka, gdzie zewszad pozdrawiaja nas, robia zdjecia, klaszcza razem z nami. dotykasz szczescia, kiedy stajesz przy murach klasztoru i uzmyslawiasz sobie, ze stalo sie, ze udalo sie. tylko po mszy, po blogoslawienstwie z niedowierzaniem pytasz - "to juz? to juz koniec?". ale zlecialo...


bardzo dawno nikt nie zwracal sie do mnie "martyna sport". az do minionego tygodnia, kiedy to zupelnie naturalnie, po wspominaniu lat minionych przez grupe paru osob, zaczeto zwracac sie do mnie wlasnie w ten sposob. bylo to mile, bo chocby mowic o tej ksywie, ze jest idiotyczna (a przyznasz, ze nie jest ona wyszukana ani blyskotliwa), to jednak identyfikuje sie z nia bardzo mocno z wielu wzgledow. smialam sie, bo ludzie, ktorych dotad nie znalam, zwracali sie do mnie tak, jakby byli moimi starymi, dobrymi znajomymi. a tak na marginesie - nie masz wrazenia, ze dzis bardziej adekwatna bylaby ksywa "martyna nie-sport" tudziez "martyna kiedys-sport"? bo ja mam ;p


wracajac do domu, skrecilismy do Mc Donald's. spogladalam na ladujacy sie telefon Foki, by po chwili spostrzec chlopaka w bialej podkoszulce, krotkich spodenkach, bialych skarpetach i sportowych sandalach. jest od nas, z łppm. usmiechnelam sie. dotychczas reagowalam najczesciej dwojako - krecilam beczke albo, jesli ktos mi towarzyszyl, nie szczedzilam komentarzy typu "co za obciach/przypal/zenada" etc. wtedy jednak usmiechnelam sie bo pomyslalam, ze przez te dni pielgrzymowania zupelnie nie zwracalam na to uwagi. tu zdecydowana wiekszosc miala wlasnie skarpetki i sandaly, bedace dla mnie do tej pory esencja obrazu Polaka-wiesniaka, ktory to obraz powoli odchodzi w moich wyobrazeniach do lamusa.


a po powrocie do domu dziwnie. bezbarwnie... wciaz tak samo. automatycznie wlaczasz telewizor, komputer, wracasz to rzeczywistosci, od ktorej wczesniej postanowiles choc na moment uciec. i moze nawet tesknisz za ta ucieczka. pewnie, ze tesknisz, choc dwa tygodnie temu taka mysl nie przemknelaby ci nawet przez glowe. wspaniale bylo nie ogladac telewizji, nie spedzac polowy dnia przed komputerem, nie sluchac hitow rozglosni radiowych, nie czytac gazet. i byc spokojnym. dziwnie spokojnym, nie martwic sie prawie niczym, niczym oprocz noclegu.


moglabym pisac i pisac... ale reszte pozostawie sobie samej do rozwazan. nie wszystko od razu stalo sie prostsze i nie od razu stalam sie lepsza. a stalam sie lepsza? czy wiem wiecej? co tak naprawde dala mi ta pielgrzymka? czy cos dala? co powinna dac? i czy nie zmarnowalam tego czasu? a moze dalej, wciaz go marnuje, moze nic sie nie zmienilo? moze bylo fajnie, ale to wszystko, nic wiecej? moze (...) ?

musicie od siebie wymagac nawet gdyby inni od was nie wymagali

ostatnie slowa pod adresem osoby, bez ktorej nie byloby tej notki i nie byloby Czestochowy. siostro Foko, dziekuje! za sms z pytaniem czy nie poszlabym na pielgrzymke, za wysilek i przyczynienie sie do podjecia przeze mnie pozytywnej decyzji i wreszcie za wszelka pomoc w trakcie tych 9 dni.

x
x

pozno juz, otwiera sie noc
sen podhodzi do drzwi
na palcach jak kot
nadchodzi czas ucieczki na out
gdy kolejny moj dzien
wspomnieniem sie stal

jaki byl ten dzien? co darowal, co wzial?
czy mnie wyniosl pod niebo? czy zrzucil na dno?
jaki byl ten dzien? czy cos zmienil czy nie?
czy byl tylko nadzieja, na dobre i zle...?

lagodny mrok zaslania mi twarz
jakby przeczul, ze chce byc soba chociaz raz
nie skarze sie, ze mam to, co mam
ze przegralem cos znow i jestem tu sam

jaki byl ten dzien? co darowal, co wzial?
czy mnie wyniosl pod niebo? czy zrzucil na dno?
jaki byl ten dzien? czy cos zmienil czy nie?
czy byl tylko nadzieja, na dobre i zle...?



by martyna-sport | 2011-08-18 23:19:15 | skomentuj! (3)

księga gości

Kontakt
e-mail: clic!

2012
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2009
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad




Czytam i polecam
Matka mnie opierniczyla
Strejndz mizery

znajomi
Loczek
Dawidek & Jarek
SzklanyRyj
Smelus
Pierwszy blog Ewki
Drugi blog Ewki
Kasia i Justyna
Jazio
Fortun
Matki, żony i kochanki
Chłopaczki z sąsiedztwa
KOFAM-y
Variatki
Zabościak
Afro

na tych stronach obecnosc obowiazkowa
Okruszek
Z Miłości Serc
Polskie Sztuczne Serce
Pajacyk


Darmowy licznik odwiedzin
Katalog stron