|
|
martyna-sport.blog.pl nie ma jej bez kolcy pierwsza scena i mysle sobie, ze lekko nie bedzie...
nie znam sie na filmie, a w kinie bywam sporadycznie, bo raptem kilka razy w roku. nie umiem tez pisac recenzji i na aktorstwie znam sie tyle co, jak domniemam, przecietny zjadacz chleba. naturalnie, mam swoich ulubionych albo chociaz lubianych rezyserow czy aktorow, ale nic poza tym.
wybralam sie wiec do kina. choc do wyboru mialam ich kilka, w tym 2 naprawde duze kompleksy z kilkoma salami z pokazna liczba miejsc, dolby surround i innymi dobrodziejstwami techniki naszych czasow, to zasiadlam w fotelu sali studyjnej kina "charlie".
jaka miare przyjac do oceny czy film jest dobry? ma wzruszac do lez jesli jest dramatem badz wzbudzac smiech do rozpuku, gdy jest komedia. moze uczyc, otwierac oczy, poszerzac horyzonty, inspirowac, zmieniac, budowac nadzieje, burzyc spokoj. przerazac. co mnie dotknelo najbardziej to fakt, ze pieklo nie jest badz nie bywa gdzies pod skorupa ziemi, ale to realne ujawnia sie na ulicach, w miastach i na wsiach. w czasie wojny i pokoju.
zrezygnowalam z tramwaju i w przeszlo pol godziny dotarlam do mieszkania. mysli niespokojne krazyly pod kopula i stwiedzilam, ze pobyt na swiezym powietrzu i wieczorny spacer dobrze mi zrobi. pewnie po czesci fakt, ze niewiele jadlam w ciagu dnia, jak i obrazy z duzego ekranu widoczne przed oczami sprawily, ze poczulam mdlosci, gdy tylko pojawilam sie na zewnatrz. ale jednoczesnie gdybym palila, to pierwsza czynnoscia, ktora wykonalabym po wyjsciu z kina, bylo by odpalenie papierosa.
tytulem zakonczenia - "roza" nie zachwyca, ale z pewnoscia moze przygnebic i poruszyc. mniej lub bardziej.dopisane: zapomnialam o jednym drobnym, acz wartym napomknienia fakcie, bez ktorego notka zdaje sie byc niekompletna... kroczac powolutku piotrkowska ku alei marszalka, juz po seansie "rozy", ale nadal w trakcie "przetrawiania" kolejnych ujec, w jednej chwili zdalam sobie sprawe, ze chce (co tam chce, ja pragne wrecz!) bardzo mocno, aby byl obecny u mojego boku moj chlopak. dokladnie tu i dokladnie teraz. albo zebym wiedziala, ze za pare minut wtule sie w jego ramiona. badz zeby dane mi bylo chociaz uslyszec jego glos w sluchawce. i juz w myslach bylabym sklonna wyobrazac sobie, ze za chwile wybiore jego numer na klawiaturze komorki, gdy nieoczekiwanie przypomnialam sobie, ze ja przeciez nie mam chlopaka... coz, tego wieczoru nie opuscila mnie wiec jedynie melancholia, ktorej uczucie powyzsza okolicznosc tylko spotegowala, a ktora nie dosc, ze odprowadzila mnie do samych drzwi mieszkania, to na dodatek pozwolila sobie przekroczyc jego prog i pobyc ze mna do czasu, kiedy obudzil sie nowy dzien. by martyna-sport | 2012-03-28 22:45:39 | skomentuj! (0) mecza lub daja odpoczac - sa twoje naprawde nie mam nic przeciwko temu, zeby takie sny spelnialy sie... dawno nie zalowalam, ze to tylko senne marzenia, a nie rzeczywistosc... by martyna-sport | 2012-02-15 23:55:36 | skomentuj! (0) so I'm saving all my love for you...
pomyslalam, ze i ja dorzuce swoje trzy grosze, bo czemu by i nie?
naturalnie nie byla to piosenkarka mojej daty - kariere rozpoczynala i swiecila swoje bodaj najwieksze sukcesy gdy nie bylo mnie jeszcze w planach czy tez bylam bardzo mala osobka. nie bylam wiec jej fanka, lecz z drugiej strony mialam szacunek dla jej muzycznego dorobku, jeszcze przed feralna wiadomoscia o jej smierci. bo wydaje sie byc rzecza bezsporna, ze tylko ludzie glusi jak pien byliby w stanie nie dostrzec jej talentu i cudownego glosu.
posrod kilku perelek, w moim osobistym rankingu w czolowce (jesli nie na pierwszym miejscu) plasuje sie na pewno I have nothing. pamietam jak swietnie spiewala jej kawalki, a ten w szczegolnosci, Adamaska, gdy chodzilysmy jeszcze do liceum. jak wracajac z wycieczki do teatru, razem z kilkoma dziewczynami z klasy wiercilysmy jej dziure w brzuchu, by cos nam zaspiewala. dlugo sie upierala, po czym po cichu, tak ze tylko my moglysmy ja uslyszec, wyciagnela wlasnie "I have nothing". coz, zamknelam oczy, a Agata, zdajaca sie spiewac jakby od niechcenia, pozamiatala. marudzila co prawda, ze slabo jej wychodzi, nie byla z siebie zadowolona, ale co z tego, skoro poczulam gesia skorke? by martyna-sport | 2012-02-13 01:46:05 | skomentuj! (0) w biedzie i nie tylko?
jesli znam cie dobrze, a mysle, ze tak wlasnie jest, to spiesze z odpowiedzia i z pelna odpowiedzialnoscia moich slow - n i e l u d z s i e, dziewczyno. bo w koncu nie masz juz nastu lat i potrafisz chyba pozbyc sie tej towarzyszacej ci jeszcze wcale nie tak dawno naiwnosci? nie potrafisz?! w takim razie dluga droga przed toba, malenka... by martyna-sport | 2012-02-08 00:43:15 | skomentuj! (0) kazdy ma swoj platek sniegu ludzie - dziwacy dziela sie na tych, ktorzy swoje odmiennosci staraja sie jeszcze mocniej zaakcentowac i wyszczegolnic jako pewien walor, przypisany im i tylko im oraz na tych, ktorzy te dziwactwa chca za wszelka cene zachowac w tajemnicy, uwazajac je za swoje najwstydliwsze wady, a byc moze i kompleksy. ktory typ dziwaka wybralbys, jesli mialbys sie nim stac? pierwszy, czy nie?
minimalne ilosci wodki, jakby tego bylo malo w smiesznych proporcjach do coca-coli, raczej mi nie sluza... choc, trzeba przyznac, przynajmniej dodam cos nowego. to akurat argument chybiony i wydaje sie niczym nie poparty, gdyz nie dowiedziono, ze wypity alkohol i jego obecnosc w organizmie mogl dac asumpt do wrzucenia notki. notki-srotki, jakos glupio brzmi, nie?
Isia meczyla sie z nieznana mi Amerykanka ponad 3 godziny, a to dopiero pierwsza runda. nie zanosi sie bynajmniej, by pozniej mialo byc latwiej, ale Agnieszka chyba lubi klopoty i trudne sytuacje. a my wszyscy ogladajacy jej poczynania na korcie wlasnie za to lubimy ja jeszcze mocniej - ze gdy jest w poteznych opalach umie z nich wyjsc obronna reka.
w Belgradzie nasi szczypiornisci przerzneli z gospodarzami ME, co gorsza w marnym stylu... niby sama porazka nie jest zdziwieniem, bo takie tez rozstrzygniecie na korzysc Serbii przewidywalam, to jednak mozna bylo spodziewac sie wiecej walki i co najmniej rownorzednej rywalizacji. tymczasem nic z tych rzeczy nie mialo miejsca na boisku.
Justyna zrobila sobie w ten weekend wolne - chcialoby sie rzec, Krolowo wypoczywaj jak najwiecej i laduj akumulatory na kolejne starty! pierwszy raz sledzilam prawie kazdy etap tour de ski i z podziwu po dzis dzien wyjsc nie moge. pierwsze starty - 3 zwyciestwa Kowalczyk, pozniej 3 zwyciestwa Bjoergen. i na koncowce fantastyczne rozdanie Polki. dwa ostatnie biegi to majstersztyk, to mistrzostwo. to w koncu fenomen. zobaczcie co robi Kowalczyk w biegu na 10 km klasykiem podczas osmego, przedostatniego startu. inteligentnie przeprowadza caly wyscig, zdaje sie ze kazdy jej ruch jest przemyslany, a determinacja zanosi ja na sam szczyt. drzalam mocno ogladajac przyczajona z tylu Norwezke, ale ta nie dala rady. skapitulowala sromotnie dzien pozniej, podczas gdy nasza Kowalczyk rewelacyjnie biegla (a nie dreptala) pod strome wzniesienie i na mecie swietowala kolejne zwyciestwo w tym morderczym cyklu. teraz jeszcze trzeba tylko wskoczyc na pierwsze miejsce PŚ i zgarnac krysztalowa kule. Justynko, jak nie Ty, to kto?
spac! nie chce mi sie ani troche, ale coz tu po mnie? z nauki raczej nici... hmm, moglabym cos zjesc, tak miedzy nami... nie, nie, to moze jednak jakos usne...
a Wy, spelniajcie marzenia! i starajcie sie byc dobrymi ludzmi, dobrze? pozdrawiam :)
PS kurde, zadnych jasno zakreslonych planow na 2012, brak rozrachunku z 2011... no trudno, jakos ide przed siebie. ale moze do 2011 jeszcze wroce. bylo by grzechem o nim nie wspomniec, czyli - zagladac i czytac
PS 2 a tu, na koniec, chcialam walnac jakis fajny tekst z jakiegos fajnego rapowego kawalka. ale nie moge sie zdecydowac.
by martyna-sport | 2012-01-16 05:25:47 | skomentuj! (0) last christmas... nie, nie dalam nikomu mojego serca, za to nie zlozylam zyczen na tym blogu. wlasciwie nie wiem czy te kierowane dzisiaj nie trafia w proznie. no bo czy ktos tu w ogole zaglada?! wow, las rak! ;) to niewazne, a z cala pewnoscia nie najwazniejsze w calej tej przygodzie, jak jest pisanie bloga. wiesz przyjacielu, zastanawiam sie jak wygladaja Twoje swieta. czy czekasz z niecierpliwoscia na wigilie, ubierasz z radoscia choinke i ze wzruszeniem dzielisz se oplatkiem z najblizszymi. czy moze, mowiac kolokwialnie, rzygasz cala ta swiateczna otoczka, na mysl o rodzinnych spotkaniach masz mdlosci, a te same filmy w tv wywoluja poczucie zazenowania. czy w Pasterke spiewasz w kosciele czy moze walisz wodke z plastikowych kubkow na dworze. czy w ogole cieszysz sie ze Swiat Bozego Narodzenia? jesli tak, to dlaczego? a jesli nie, to co jest tego powodem? no i pomysl przez krotka chwile jak to bylo, gdy bylismy dziecmi... te czasy nie wroca, sam dobrze wiesz... dzis jakby wskazowki zegara zapomnialy, ze to nie wyscig... przechodzac do meritum... spokojnych i choc odrobine magicznych Swiat, spedzonych z tymi, ktorych kochacie :) do zobaczenia po Swietach! by martyna-sport | 2011-12-23 23:14:02 | skomentuj! (0) z dziesieciu pieter w dol pewnie ostatni tak ladny i sloneczny dzien w tym roku... sloneczko od rana zawieszone na niebie, niezagrozone w zaden sposob przez chmury, daje ostatnie promienie ciepla... tymczasem ta piekna, letnia jeszcze niedziela, do tej pory w calosci przelezana/przesiedziana/przeczlapywana na trasie pokoj-kuchnia-pokoj-kuchnia-pokoj-kuchnia-pokoj-lazienka-pokoj-kuchnia-pokoj... tylko pod wieczor wynurze sie z blokow, ale zapewne i to nie zmieni faktu, ze dzien ten mozna uznac za stracony... winamp odtwarza losowo piosenki i zadna nie robi na mnie wiekszego wrazenia. zadnego bodzca, kopa w dupe, euforii, usmiechu na twarzy, smutku, czegokolwiek... czegos, kurwa, tak po prostu, brak by martyna-sport | 2011-09-11 16:36:31 | skomentuj! (0) reset potezne watpliwosci, a co za tym idzie absolutny brak przekonania, towarzyszyly mi w dniu poprzedzajacym wyjscie oraz przez caly pierwszy dzien. drugi dzien nie byl cudownym odmienieniem, tak samo nastepny... a jednak, to bodaj najlepsza rzecz, jaka przytrafila mi sie do tej pory w te wakacje. lowicka piesza pielgrzymka na Jasna Gore. dasz wiare, przyjacielu?
pozwol, ze nie bede opisywac wszystkiego. bo nie da sie. twoja uwage zwroce wiec tylko na niektore elementy, mniej lub bardziej istotne, i to w sposob bardzo skrotowy.
przez okres pielgrzymki jestes zdany na cudza łaske. ty sam niczego nie wymagasz, nie stawiasz warunkow, nic ci sie nie nalezy, a jesli o cos prosisz to niesmiale. wrzatek wody i bochenek chleba, lazienka z ciepla woda i skrawek podlogi w pokoju, na ktorej mozesz rozlozyc swoja karimate, sa luksusem, za ktory szczerze dziekujesz gospodarzom. i o ktorych pamietasz w modlitwie.
coz, pierwsze dwa dni dluzyly sie niemilosiernie i kazdorazowo, by podtrzymac sie na duchu, powtarzalam sobie, ze to tylko 9 dni, ktore z pewnoscia mina szybko. tylko 9 dni! potem 8, 7, 6... az przestalam odliczac, a po przejsciu wiekszosci drogi, dni same zaczely pospiesznie uciekac w oszalamiajacym tempie. tak wiec, jak juz pisalam, mimo ze dwa pierwsze dni dluzyly sie, to trzeba dodac, ze fizycznie czulam sie bardzo dobrze. psychicznie, oprocz powtarzanego wciaz w myslach pytania retorycznego, o ktorym pozniej, takze bylo w porzadku. jednoczesnie pozwolilam sobie na delikatne przekomarzanie sie i prowokowanie losu - no, to kiedy przyjdzie jakis kryzys, co? jakies male zwatpienie, zachwianie czy cos w ten desen? dlugo czekac nie musialam.
normalnie, przy takim bolu stopy, ktory odezwal sie pod koniec dnia trzeciego, bylabym w stanie poruszac sie tylko po mieszkaniu i to od pokoju do pokoju, a mama wyslalaby mnie z rozgniewana i zatroskana mina czym predzej do lekarza. tymczasem, choc maszerujac przez jakis czas jak paralityk, udalo sie pokonac w 2 dni niecale 70 km. ladnie, prawda? zrodlo bolu umiejscowione w srodstopiu i okolicach kostki przypominalo bol pojawiajacy sie przy skreceniu stopy/uszkodzeniu torebki stawowej. jednakze nie mialam zadnych problemow z poruszaniem stopa, co wiecej nie pojawila sie zadna opuchlizna. ot, nadwyrezenie - jak mi powiedziano w ambulansie. posmarowalam stope jakas mascia, konczyne mi zabandazowano i juz bylam gotowa, by ruszyc w droge. ta, gotowa... przeciez bolalo! ale tylko wtedy, gdy noga dotykala podloza. bolalo, ale coz z tego, przyjacielu? juz spiesze z wyjasnieniami. otoz, kiedy boli, idzie sie, chociaz zabrzmi to niedorzecznie i paradoksalnie... lepiej! bo to, co doskwiera, mozesz ofiarowac w imie jakiejs intencji, a wtedy Pan przymnaza ci sily i nie mogac wyjsc z podziwu, jak to mozliwe, ze dajesz rade, idziesz. po prostu idziesz. czujac zmeczenie pod koniec dnia tez idziesz, nogi niosa cie same. moze wkurzasz sie na innych, moze miewasz ich juz dosc, jestes znuzony, irytuja cie spiewy i nie masz ochoty na rozmowe - idziesz. czerpiesz sile ze wszelkich trudnosci pojawiajacyh sie na drodze. duzo lepiej radziles sobie, kiedy miales powody do smiechu i jakby na to nie spojrzec, niejednokrotnie to ubaw po pachy ratowal cie i pozwalal przetrwac w chwilach trudnych. tak, wiem ze ty, wyobrazajac sobie pielgrzymke, widzisz podstarzale dewotki odmawiajace niekonczaca sie ilosc zdrowasiek albo mlode dziewczyny, ktore zapewne beda siostrami zakonnymi, a ktorych usta spiewaja fanatycznie piesni ku chwale Maryi. po czesci tez tak myslalam, a dzis mowie do ciebie - chrzan stereotypy. natomiast wracajac do tematu zmagan z bolem czy zmeczeniem, mialam na nie jeszcze jeden sposob - przywolywalam sobie w myslach twarze wszystkich tych, z powodu ktorych i dla ktorych zdecydowalam sie isc na pielgrzymke, by zawierzyc ich w intencjach. musze przyznac, ze w sumie zebrala sie ich niezla gromadka. oprocz nich myslalam o sprawach, za ktore bylam wdzieczna lub o ktore prosilam. wszyscy oni i wszystko to stawalo sie wtedy najwazniejsze i przezwyciezanie niedoskonalosci przychodzilo niezwykle latwo i szybko.
lzy cisnely sie czasem do oczu na widok ludzi pozdrawiajacych nas, przemierzajacych kolejne kilometry naszej wedrowki. przybijanie piatek z dzieciakami, wzruszenie malujace sie na twarzach zwlaszcza starszych ludzi, usmiechajacych sie do nas, mieszkancy miejscowosci na naszej trasie spieszacy nam z poczestunkiem i dobrym slowem - warto bylo tez i dla nich, dla takich chwil ruszyc na piesza pielgrzymke. poza tym swietna sprawa, gdy przekraczasz tabliczke z napisem "Częstochowa", kierujesz wzrok ku niebiosom i w gescie radosci podnosisz w gore rece. nie mniej milym uczuciem jest kroczyc juz w centrum miasta alejka, gdzie zewszad pozdrawiaja nas, robia zdjecia, klaszcza razem z nami. dotykasz szczescia, kiedy stajesz przy murach klasztoru i uzmyslawiasz sobie, ze stalo sie, ze udalo sie. tylko po mszy, po blogoslawienstwie z niedowierzaniem pytasz - "to juz? to juz koniec?". ale zlecialo...
bardzo dawno nikt nie zwracal sie do mnie "martyna sport". az do minionego tygodnia, kiedy to zupelnie naturalnie, po wspominaniu lat minionych przez grupe paru osob, zaczeto zwracac sie do mnie wlasnie w ten sposob. bylo to mile, bo chocby mowic o tej ksywie, ze jest idiotyczna (a przyznasz, ze nie jest ona wyszukana ani blyskotliwa), to jednak identyfikuje sie z nia bardzo mocno z wielu wzgledow. smialam sie, bo ludzie, ktorych dotad nie znalam, zwracali sie do mnie tak, jakby byli moimi starymi, dobrymi znajomymi. a tak na marginesie - nie masz wrazenia, ze dzis bardziej adekwatna bylaby ksywa "martyna nie-sport" tudziez "martyna kiedys-sport"? bo ja mam ;p
ostatnie slowa pod adresem osoby, bez ktorej nie byloby tej notki i nie byloby Czestochowy. siostro Foko, dziekuje! za sms z pytaniem czy nie poszlabym na pielgrzymke, za wysilek i przyczynienie sie do podjecia przeze mnie pozytywnej decyzji i wreszcie za wszelka pomoc w trakcie tych 9 dni. by martyna-sport | 2011-08-18 23:19:15 | skomentuj! (3) |
księga gości Kontakt e-mail: clic! 2012 marzec luty styczeń 2011 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2010 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2009 grudzień październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik sierpień lipiec maj marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień lipiec czerwiec kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad Czytam i polecam Matka mnie opierniczyla Strejndz mizery znajomi Loczek Dawidek & Jarek SzklanyRyj Smelus Pierwszy blog Ewki Drugi blog Ewki Kasia i Justyna Jazio Fortun Matki, żony i kochanki Chłopaczki z sąsiedztwa KOFAM-y Variatki Zabościak Afro na tych stronach obecnosc obowiazkowa Okruszek Z Miłości Serc Polskie Sztuczne Serce Pajacyk |